Depeche Mode: Delta Machine recenzja

-And if you stay a while/ I′ll penetrate your soul/I′ll bleed into your dreams/You′ll want to lose control – jest to fragment refrenu w piosence otwierającej album „Delta Machine”. Nie będzie nadużyciem, jeżeli napiszę, że te cztery linijki stanowią przykazanie, którym warto się kierować przy kontakcie z najnowszą płytą grupy z Basildon. Oficjalna premiera albumu przewidziana jest na 25 marca, jednak na półki sklepowe trafiła już 22., w wersjach CD, 2 CD i 2 LP. Osoby, które zastanawiały się, skąd w tytule płyty wziął się człon „delta”, otrzymują odpowiedź w utworach „Slow” i „Goodbye”, z wyraźnymi bluesowymi partiami gitarowymi. Sam zespół przyznaje, że czerpał inspiracje z bluesa delty, czyli tego najstarszego, z którego rozwinęły się kolejne odmiany tego gatunku.

laptopy poleasingowe Bielsko Biała

Po odejściu z zespołu Alana Wildera w 1995 r., muzyka DM stała się bardziej „szorstka”. Oczywiście nie odnosi się to do – najlepszego moim zdaniem – albumu „Ultra”, który pojawił się dwa lata później. To wydarzenie jednak, stawiane jest jako cezura, po której następował powolny schyłek świetności Depeche Mode. Ową „szorstkość” można było usłyszeć już, w wydanym w 2001 r. „Exciterze” („The Dead of Night”, „I Feel Loved”), a następnie w „Playing The Angel” z 2005 r. („A Pain That I`m Used To”, „John The Revelator”). Miało się wrażenie, że panowie próbują stworzyć drewnianą rzeźbę Wenus z Milo, ale jako narzędzia nie używają dłuta, lecz piły łańcuchowej. Jakby tego było mało, wydane w 2009 r. „Sounds Of The Universe” to koncert analogowych instrumentów z bogatej kolekcji Martina L. Gore`a. Tym samym, zespół niemal kompletne zerwał z brzmieniem, które w drugiej połowie lat 80. i w latach 90., w albumach „Black Celebration” (1986 r.), „Music For The Masses” (1987 r.), „Violator” (1990 r.), genialnym „Songs Of Faith And Devotion” (1993 r.), czy w końcu „Ultra”, nawróciło rzesze na religię o nazwie „Depeche Mode”. To był okres, w którym fani byli tak oddani zespołowi, że mówiło się, że gdyby w trakcie koncertu, Dave Gahan kazał wszystkim się rozejść do domów i zabić własne matki, oni by to uczynili. Producentem krytycznie odebranego przez fanów „SOTU”, był Ben Hillier, więc kiedy okazało się, że tak samo będzie w przypadku najnowszego albumu DM, obawy tychże były zrozumiałe.

Zrozumiałe, ale też – jak się okazało – niepotrzebne. „Delta Machine” jest najlepszą płytą Depeche Mode, od wydania „Ultry”. Klimatycznie ciężka, emocjonalnie angażująca, niemal metafizyczna, przemyślana muzycznie i lirycznie opowieść. O czym? Ha! Martin L. Gore – autor większości tekstów – należy do tych artystów, którzy cenią wolność interpretacji tekstów, zawartych w piosenkach DM. Nie będzie jednak nowością, jeżeli napiszę, że w utworach z „Delty…” – jak i z poprzednich albumów – nie brakuje śmierci, smutku, nadziei, radości, pożądania, i wypraw w najdalsze zakątki naszego własnego świata. Co warte odnotowania, nie jest łatwo dość do powyższych wniosków już po pierwszym przesłuchaniu płyty. Album – w wersji podstawowej – zawiera 13 utworów. Gdy utwór 6., tj. „Slow” dobiegał końca, wciąż powtarzałem sobie w głowie – „Nie jest źle, ale wciąż czuję grunt pod sobą”. Cisza. I wnet – podniecenie, które pojawia się zawsze, kiedy od pierwszych sekund utworu wiadomo, że za chwilę odlecimy w inny czas i inną przestrzeń. To za sprawą „Broken”. „Gitarowo-elektroniczne intro, zwrotka, gitara w tle, angażujący wokal, partia gitarowa i wokal przecinają mozg na pół, smutny przekaz z domieszką nadziei, gitarowe outro, trochę zbyt gwałtownie przerwane” – zanotowałem. Drugi raz poczułem się tak 4 utwory później, przy „Alone”. Piszę – „głębokie brzmienie w intro, wchodzi wokal, jest moc, utwór się rozwija i obija twarz, spokojniejszy refren, genialny mroczny klimat, >>Now it`s too…. To late for words that should have been said long ago<<, wejście delikatnego beatu, rozpływam się. Od pierwszego odsłuchu, pozytywne wrażenie pozostawiają po sobie również: „Secret To The End” (świetne przerywniki z partią gitarową, dramatyczna końcówka), singlowy hipnotyzujący „Heaven” (klimatyczne klawiszowe intro, optymistyczny przekaz, oparty na gitarze, przyjemna solówka), mroczne „Should Be Higher” i w końcu, najbardziej energiczny, wywołujący mimowolne tupanie nogą „Soothe My Soul” (dość wyraźny podtekst erotyczny). Ten ostatni zresztą, będzie drugim singlem promującym płytę i nie ma się czemu dziwić, ponieważ jest najbardziej „przebojowy”, mimo że nie do końca „radio friendly” (czas trwania 5 minut i 22 sekundy, co dla komercyjnych stacji radiowych jest bliskie górnej granicy, ale od czego są „radio edity”?).

Przy kolejnych posiedzeniach z „Delta Machine” odkrywamy piękno pozostałych kawałków: „Welcome To My World”, z niespodziewaną wstawką orkiestrową (z syntezatora, ale efekt jak ta lala), przechodzące płynnie w spokojne co do tempa – lecz agresywne w dźwiękach i wokalu – „Angel” (sekcja gitarowa w tle, przywodzi na myśl „I Feel You”). Początkowo, nie mogłem przekonać się do „Slow” z uwagi na nagle przerywaną dramaturgię, tuż przed refrenem. Ma się wrażenie, że piosenka zaraz wybuchnie (a my razem z nią), aż tu nagle – hamulec („Slow, slow… Slow as you can go”). Nie sposób jednak odmówić jej przyjemnej dla ucha bluesowej partii gitarowej. Gitara ratuje również utwór „Soft Touch / Raw Nerve”, które potrafi zirytować szybkim jednostajnym kickiem z automatu perkusyjnego. Rzecz jasna, w „Delcie…” nie zabrakło utworu z wyłącznym wokalem Martina. „The Child Inside” to piosenka spokojna, wręcz kołysankowa (lecz bez kotków). Nostalgia wypływa zarówno z treści piosenki, jak i z głosu wokalisty, a wiemy doskonale, że Martin L. Gore potrafi poruszyć serce. Wciąż jest w tym niezły. Zdecydowanie najgorzej wypadają utwory „My Little Universe” i „Goodbye”. Ten pierwszy, po prostu nie porywa. Do tego dochodzą elektroniczne „przeszkadzajki”, jakby Martin nie wyłączył telefonu komórkowego. W tym drugim natomiast, spokojne, przyjemne dla ucha bluesowe gitarowe granie, przerywane jest elektronicznymi „wybuchami” w refrenie. Teraz mi to nie odpowiada, ale „Delta Machine” przez 5 ostatnich dni przekonywała mnie do kolejnych utworów, więc może i z tymi będzie podobnie. To jest jeden z piękniejszych elementów związanych z obcowaniem z nowym wydawnictwem od panów z Basildon. „Delta…” jest jak dobrze wychowana, szanująca siebie i swego adoratora kobieta. Nie odkrywa wszystkich kart od razu. Nie zmienia to jednak faktu, że od pierwszego kontaktu, intryguje i zachęca do rozwijania znajomości, żeby potem dać… niebo.

Depeche Mode najprawdopodobniej nie powróci do brzmienia z lat 90. Można się z tym pogodzić i cieszyć się nową twórczością, lub zacząć zapijać smutki przy „Enjoy The Silence”. Zastanawiali się kiedyś Państwo, dlaczego tak trudno jest znaleźć utwory DM na składankach z lat 80.? Zespół ma na to prostą odpowiedź. Panowie nie chcą, żeby ich zespół był postrzegany jako relikt przeszłości. Depeche Mode to żywy organizm, który tworzy nowe piosenki tu i teraz, i – wbrew obawom, że tytuł ostatniej piosenki w głównym zestawieniu wskazuje inaczej – nie planuje wyjmowania wtyczki z gniazdka.

Tracklista:

 

1.Welcome to My World
2.Angel
3.Heaven
4.Secret to the End
5.My Little Universe
6.Slow
7.Broken
8.The Child Inside
9.Soft Touch/Raw Nerve
10.Should Be Higher
11.Alone
12.Soothe My Soul
13.Goodbye

(wersja rozszerzona)

 

14.Long Time Lie
15.Happens All the Time
16.Always
17.All That′s Mine

 

Jarosław Nowak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *