Fugazi: 13 songs recenzja

Powinniśmy dziękować Bogu za cud progresji. Gdybym nie rozwijał swoich upodobań muzycznych i zatrzymał się na etapie metalhedowania, pewnie pisałbym teraz recenzję ostatniego Manowara, zamiast jednej z najważniejszych płyt zeszłego stulecia – kompilacji dwóch epek Fugazi, uznawaną (błędnie) za ich debiut.

„13 Songs”, gdyż taki tytuł ma ich album, udowadnia, że nie trzeba mieć wcale wielkiego budżetu, ogromnej wytwórni za plecami tudzież znajomości w stojącym w miejscu showbuissnesie. Recepta na sukces jest znacznie prostsza: wystarczy tylko 4 chłopaków z Waszyngtonu, 2 gitary, bas, perkusja i – przede wszystkim – ogromna, szczera, płonąca wręcz pasja (po szczegóły zapraszam na YouTube, bo same słowa nie oddadzą w pełni zapału, z jakim chłopaki dawali koncerty). Wszystkie te elementy złożyły się na bezkompromisowe punkowo-hardcore’owe wydawnictwo, przepełnione pewną wymieszaną z szaleństwem lekkością, wyładowaniem. Trudno doszukiwać się przemocy, bądź agresji, albowiem twórczość Fugazi od początku była specyficznie ukierunkowana. Brak tu miażdżących riffów, mocarnego wokalu – jest za to swoista ściana dźwięku (lecz w żadnym wypadku chaotycznego hałasu!). Muzyka przyswajalna dla każdego ambitniejszego słuchacza. Wciśnijmy więc jeszcze raz PLAY na naszych odtwarzaczach i cofnijmy się w o te 18 lat w czasie…

Bas jest niczym charakterystyczna, głęboka zagrywka, pozostająca w głowie po paru taktach. Wchodzi między gitarowy, tłumiony riff, który przepełniają MacKaye’nowe, lekko noisowe smaczki. Od samego początku nie ma przepychu, a jednocześnie wszystko jest bardzo żywe, pełne, niczego tu nie braknie (mimo obecności tylko jednej gitary, gdyż na 13 Songs pan Picciotto – ex-lider Rites of Spring – stronił od gry). Jeżeli komuś w rytm „Waiting Room” nie drgnie stopa/dłoń/inna część ciała, niech lepiej wróci do gry w chińczyka i uważa, żeby przypadkiem go korniki nie nadgryzły. Absolutny hit, energiczna jazda do przodu – aż chce się kogoś zmoshować podczas ciarogennego zakończenia. Podążamy dalej, nie zatrzymujemy się! „Bulldog Front”- kolejny zabijaka – niby podobny strukturą do otwieracza (nie dziwota, w końcu u korzeni leży punk), a jakże odmienny. Krzyki Iana w tle przypominają o jego hardkorowym pochodzeniu (Minor Threat, jeśli ktoś nie wie: profani), główka lata, a końcówka elektryzuje – o dziwo. Najpiękniejsze w „debiucie” Fugazi jest to, że na miejsce czołowe wysuwa się bas. W większości ówczesnych punkowych bandów ograniczał się niestety do paru dźwięków na zmianę. Tutaj natomiast odnosimy wrażenie, że stanowi szkielet utworów, cała reszta gra zaś pod niego. Nie tworzy to jednak scenerii funkowo-pulsującej – bo zaraz ktoś pomyśli, że jak ma do czynienia z wyeksponowanym basem, to od razu wskazuje na punk i funk. Wręcz przeciwnie. „Bad Mouth”, trzeci utwór na płycie, nie jestem moim zdaniem jakimś szczególnym arcydziełem, choć jego pozytywna energia wywołuje uśmiech na twarzy. Zmiany tempa natomiast są kolejnym nawiązaniem do noise rocków, które w przyszłości będą u Fugazi na porządku dziennym. Nie wspominałem jeszcze o gitarowym hałasie. Płoniemy razem ze stonowanym „Burning”, rozpoczynającym się charakterystycznym zgrzytem, aby potem progresywnie się rozkręcać (motyw instrumentalny powtarza się przez prawie cały kawałek, abyśmy potem mogli go wystukiwać palcami podczas czytania jego tekstu) i zalać nas soczystym zgiełkiem spod palców Iana.

W warstwie tekstowej piątego już utworu, słychać wyraźne wpływy wyżej wspominanego pana. „Give Me The Cure” rzekomo odnosi się do AIDS i tym podobnych „syfów”, co wiąże się z filozofią Straighta Edge’a (silnie przez MacKaye’a propagowaną, zresztą, nawet hardkorowi heretycy powinni to wiedzieć). Dość typowy jak na Fugazi jest, moim skromnym zdaniem, absolutnie powalający (zarówno pod względem instrumentalnym, jak i wokalnym) fakt ukazania przez obu wokalistów tego, że nie muszą wcale pięknie śpiewać w miliardzie oktaw, by zachwycić i złapać za serce. Jednak nie zatrzymujmy się. Fugazi to energia, a nie pseudoanaliza warstwy muzycznej. Szósty kawałek jest sugestią – tylko co panowie chcą nam zasugerować? Że są najlepszym bandem na świecie? Nie, to jeszcze nie teraz. „Suggestion” bardziej pasuje mi na pieśń ku chwale wyzwolonych, niezależnych artystów. Wolni od sugestii, narzucanych pomysłów, robiących to dla siebie samych, nie dla pieniędzy, dziewcząt, czy innej heroiny. Waszyngtoński kwartet udowadnia, że może robić, co tylko chce – śpiewać, grać, łamać przyjęte standardy muzyki, rozsadzać od wewnątrz. Jednocześnie utwór ma stosunkowo wolne tempo, ale to dobrze, bo dzięki temu możemy nacieszyć się bogactwem pomysłów na dewastację dźwięku (nie mylić z totalnym pogromem, jakiego to dopuszcza się np. Ion Dissonance).

Laptopy poleasingowe Warszawa
Dotarliśmy do półmetka i jednocześnie do granicy między dwoma składowymi epkami – „Glue Man” zamyka selftitleda, abyśmy po chwili oberwali z broni zwanej „Margin Walker”. Nie rozpędzajmy się aż tak, bo na „Glue Man” trzeba zwrócić uwagę. Owa piosenka nie ma chwytliwego refrenu, nie powala tekstowo, ale ludzie… co tam się dzieje z gitarą/gitarami – głowy nie dam, lecz słyszę ich chyba kilka. Totalny eksperyment, który wyznaczy przyszłość „Fugazom”, jednocześnie potężne zwieńczenie składowej części pierwszej. „Margin Walker” pędzi do przodu, bezprecedensowy punk, z pozoru krótki i prosty utwór, zachwycający każde, odrobinę wprawione ucho tudzież powalający gitarą. Słychać wyraźny przeskok w brzmieniu – bas jest trochę schowany, więcej tu przesteru, brudu w brzmieniu gitar. Joe Lally – basista – ma w dalszym ciągu ręce pełne roboty i przypomina o sobie w kolejnym utworze pt.: „And The Same”, nie odbiegającym od standardów waszyngtońskiej jakości. Za nim kryje się „Burning Too” – krzyczany, skandowany, szybki, niepokorny, trochę chaotyczny, ale mimo to bardzo miodny. Ogólnie nietrudno zauważyć, że druga połowa jest bardziej eksperymentem niż zgrzytanym hardcore-punkiem. Po prostu panowie szukają swojego miejsca i ustawiają kurs na specyficzny post-hardcore, zostawiając punkowe niechlujstwo daleko w tyle – choć mniej sterylnie, nie ma takiej ekspozycji instrumentów. Do gustu bardzo mi przypadł wokal Picciotto w „Provinsional”, tylko szkoda, że kawałek się bardziej nie rozkręca, bo dwie minuty go zdecydowanie ograniczają i kończy się, zanim na poważnie rozpocznie. „Lockdown” – znów wariujemy, szalejemy z gitarą, bas dudni, a perkusja bardzo ładnie stuka przy szorstkim wokalu Guya. Wyszedł im, dosyć przyszłościowy dla ich działalności kawałek. Szczęśliwie dotarliśmy do końca. „Promises” rozbrzmiewa w głośnikach: powoli, dużo przesteru, z hardkorowym pazurem, a jednocześnie delikatnie i smutno. Według mnie owe emocje są straszliwie nijakie. Wokal „gryzie” się z całością. Dopiero pod koniec duet wokalny nadrabia niedociągnięcia. Melodia, mimo tego, że całkiem fajna, nie zostaje długo w głowie. Bardziej zwracają uwagę zmiany tempa i zwieńczający całość kataklizm – szkoda, że tak krótki, można było go pociągnąć na trochę dłużej, bo jak już warczeć, to porządnie.

Czterdzieści minut przeleciało nam bardzo szybko, nieprawdaż? Przy Fugazi czas płynie trochę inaczej. Nieraz zatrzymuje się w miejscu, tylko po to, żeby nagle przyspieszyć z niesłychanym uderzeniem. „13 Songs” ideałem nie jest, nie liczcie na to. To dopiero nieoszlifowany diament, bardzo kanciasty oraz szorstki, który zabłyśnie dopiero w późniejszej fazie obróbki. To, co tutaj prezentuje waszyngtońska czwórka jest czymś w stylu kopa na rozpęd – solidnego, profesjonalnego, lecz jednocześnie dalekiego od nokautującego uderzenia. Wszystkie te nieścisłości, niedociągnięcia możemy spokojnie chłopakom wybaczyć – w końcu dopiero zaczynali (choć i tak prześcigali większość „świeżaków” o dobrych kilka długości).

Drodzy Czytelnicy, mam nadzieję, że moja recenzja zachęciła część z Was do zapoznania się z płytą Fugazi. Przekonajcie się zatem na własne uszy, z czym tak naprawdę macie do czynienia. Jeszcze zatańczycie niczym Guy Picciotto! Komputery Warszawa

 

Tracklista:

 

1. Waiting Room
2. Bulldog Front
3. Bad Mouth
4. Burning
5. Give Me The Cure
6. Suggestion
7. Glue Man
8. Margin Walker
9. And The Same
10. Burning Too
11. Provinsional
12. Lockdown
13. Promises

Ocena: 8+/10

Łukasz Tomaszewski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *