Flaming Lips: Embryonic recenzja

Bo przecież od zarania swoich dziejów wykraczali trochę poza ramy tego, co zwykliśmy rockiem niezależnym nazywać, więc stosowanie tego terminu w ich przypadku może być jak określanie tekstów Comy mianem trochę bezsensownych. Zespół udowodnił już, że potrafi eksperymentować z różnymi brzmieniami na drodze całkiem naturalnego rozwoju, cały czas zachowując swój eksperymentalny posmak. Wystarczy zestawić np. ckliwą Yoshimi z recenzowanym tu najnowszym albumem – niby zupełnie inne granie, a mimo to nadal rozpoznawalne i w konwencji Lipsów znakomicie się wpasowujące. Czym zatem zostaliśmy uraczeni tym razem?

Strasznym brzemieniem, okropnym ciężarem… dla szczęk słuchaczy, które podnieść wcale, a wcale nie łatwo. Nie będę się tu wdawał w przekomarzanki, mylące gierki słowne ani mydlił wam oczu: Embryonic albumem niesamowitym jest i basta. Mam upokarzające wrażenie, że mój zasób słów jest w tym momencie zdecydowanie zbyt skromny, by sensownie opisać, z jaką płytą dane jest mi się zmierzyć. Może i porywam się z motyką na słońce, czy też z brzytwą na poziomki, albowiem w konfrontacji z nowymi Flaming Lips przegrywam przez knock-out i pewnie nieprędko dane mi będzie stanąć na równe nogi.

Laptopy poleasingowe Kraków

Brzmienie brudne, hałaśliwe. Zahaczamy o rejony stricte szwabskie, gdyż bogactwo i różnorodność dźwięków hektolitrami wręcz leją się z głośników. Ostre (nie w sensie metalowego ciężaru oczywiście – brudasy won), noise’owe nieraz, przycinanie – niechaj będzie ono facetem w tej opowieści – spotyka rozmyte, dream popowe – tu rola żeńska –  pejzażyki. Jako że przeciwieństwa się przyciągają, para ta płodzi prześliczne dzieci, podobne trochę i do mamusi, i tatusia, bez wyraźnych przewag w zasadzie. Eksperyment idzie pełną parą. Mimo dość odległego odsunięcia się od pierwotnej (i znów to nieszczęsne szufladkowanie) indie rockowej koncepcji w warstwie instrumentalnej, wokal Wayne’a nadal trzyma w sobie coś popowego, pozwalając słuchaczowi nieraz się zanucić. Niemniej, Embryonic jest definitywnie najbardziej instrumentalnym dziełem Amerykanów – wokal pojawia się dość często (goście, sporo dobrych gości – a jakich, to już zgadujcie/zgooglujcie sami), owszem, lecz na tle poprzednich dokonań wydaje się być wyłącznie dodatkiem do wyśmienitej otoczki. Trzeszcząco-zgrzytające kraut-rockowe zagrywki są miodem dla uszu, głównie przez wkomponowanie je w wymienione rozmarzone tła. Są, prawda?

Cały, trwający ok. 70 minut, materiał sprawia wrażenie chłodnego, przepełnionego smutkiem i takimi tam. Taki trochę patetyczny nastrój refleksyjny wprowadza w głowie słuchacza.

Patetyczny, powiadasz?
Trudno to inaczej nazwać, gdy każdy – nawet najmniejszy utwór, a takich krótkich nie brakuje – sprawia wrażenie godnego podziwu monumentu. Rozległa przestrzeń dokoła tej muzyki połyka nawet mastodonowy kosmos, którym tak się zachwycałem swego czasu, co robi tym większe wrażenie, gdy tylko zauważymy, że całość jest raczej surowa. Paradoks trochę, wiem, ale jak już mówiłem – słów mi braknie, w głowie się kręci, bębenki eksplodują, ślina napływa, a wszystko to jakby w półśnie. To już nie narkotyki – to lunatyzm, spacery w okolicach chmur i podwodne zanurzenia. Niedopieczona, ale znakomicie przyprawiona – serio, ta formuła się sprawdza.

Pisząc powyższy tekst słucham po raz n-ty albumu tego i na każdym kroku mnie czymś zachwyca. Każde podejście jest unikalne, bo zostawia po sobie wachlarz emocji szerszy, niż plecy Popka, do tego świdrując umysł gdzieś na głębokość nuclei basale. Może lepiej zakończę już, nim utopię się w potokach śliny i innych wydzielin, wywołanych przez dźwięki embrionalne?

Indie rock, experimental rock, space rock, kraut rock, cośtamjeszcze rock? Musisztegoposłuchać rock.

A pani z okładki ma rację – ja także na chwilę obecną biorę całość tego dziwacznego tworu naraz. Nawet połknę.

Ocena: 9/10

Łukasz Tomaszewski

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *