„To były bardzo fajne czasy” wywiad z Gabrielem Fleszarem

Aleksandra Kołosowska: Jako młody chłopak grałeś na ulicy. Wtedy rozpoczęła się Twoja muzyczna kariera?


Gabriel Fleszar: Pierwszy raz zagrałem na ulicy kiedy miałem piętnaście lat. Zacząłem myśleć poważnie o śpiewaniu i graniu już w wieku dwunastu lat- w szóstej klasie podstawówki. Natomiast granie na ulicy bardzo dużo mi dało ponieważ siedem czy osiem godzin spędzałem śpiewając. To bardzo dobra szkoła dla wokalu tym bardziej, że są to warunki akustyczne. Grając na ulicy trzeba dotrzeć do ludzi z odległości większej niż pięć metrów. Z reguły wybór miejsca, w którym grałem był podyktowany właśnie akustyką dlatego najczęściej wybierałem przejścia podziemne. W Poznaniu zwykle grywałem na Półwiejskiej albo pod Rondem Kaponiera. Przyjeżdżałem regularnie nawet wtedy kiedy nie mieszkałem jeszcze w Poznaniu. Bywałem tu w trakcie Festiwalu Malta. Na Półwiejskiej miałem swoje miejsce przed jednym z butików. Zawsze szefowa wychodziła, wrzucała dyszkę. Tak jak już wspomniałem, bardzo dużo mi to dało ponieważ były to cztery lata intensywnego śpiewania i zdobywania pewności siebie. Usłyszałem dużo pozytywnych opinii. Ludzie mówili, że nie mam się marnować tylko coś z tym zrobić dalej. Oczywiście nigdy nie uważałem tego za marnowanie tylko tak jak powiedziałem za dobrą szkołę i świetną przygodę. Zawsze poznawałem mnóstwo ludzi, rodziły się nowe znajomości, powstawały spontaniczne imprezy, ktoś przynosił bębny, ktoś gitarę. To były bardzo fajne czasy, do których przyznam się, że tęsknie. Jak sobie myślę, że ostatni raz na ulicy grałem 2 lata temu i na dodatek za granicą to zaczynam się zastanawiać czy przypadkiem się nie starzeje. Muszę coś zrobić żeby obudzić na nowo tego ducha.

A.K.: Wywodzisz się z muzycznej rodziny. Rodzice zmuszali Cię do muzyki czy od dziecka była to Twoja pasja?

 

G.F.: Wprost przeciwnie tzn. tata nie posłał mnie do szkoły muzycznej ponieważ mówił, że sam wie jak to jest. Jego koledzy kończyli zajęcia a on musiał iść z instrumentem do drugiej szkoły. Stwierdził, że jeśli będę chciał się zajmować muzyką to będę się nią zajmował. W sumie mogę powiedzieć, że jestem za to wdzięczny. W czasach licealnych występowałem w zespole gdzie wszyscy członkowie byli uczniami Państwowego Liceum Muzycznego a ja byłem jedynym samoukiem. Jak widać nie przeszkodziło mi to. Dwie osoby z tego zespołu oprócz mnie zajmują się muzyką także szkoła nie zawsze jest gwarantem czegokolwiek. Na pewno daje jakieś podstawy aczkolwiek te podstawy można opanować również na własną rękę. Śpiewałem z chórem Państwowego Liceum Muzycznego, dwa lata koncertowałem z nimi mimo tego, że nie byłem uczniem. Po prostu bezpańsko się tam przypałętałem i dyrygent pozwolił mi na to. Jednocześnie zachęcił mnie żebym poszedł do szkoły muzycznej i w wieku szesnastu lat przez rok byłem uczniem szkoły muzycznej w klasie kontrabasu. Nie miałem jednak do tego cierpliwości. Wolałem grać i śpiewać niż uczyć się jak trzymać smyczek. Także promocji nie otrzymałem i na tym zakończyła się moją przygoda z kontrabasem.

A.K.: Darzysz pewnym sentymentem swój największy do tej pory przebój „Kroplą deszczu”?

 

G.F.: Jasne. Wielu wykonawców chciałoby mieć chociaż taki jeden swój flagowy przebój, który jest grany dwanaście lat po premierze. Z jednej strony jest to jakaś szufladka a z drugiej przepustka do tego żeby ludzie mnie kojarzyli. Gram tę piosenkę do tej pory na koncertach i nie boli mnie to. W momencie kiedy gram sam bądź gramy tak jak dzisiaj akustycznie to ludzie dostają nazwijmy to „zwyczajową wersję” a w momencie kiedy gram ze swoją kapelą, piosenka ta potrafi wyewoluować na scenie nawet do postaci reggae.

A.K.: Jesteś muzykiem, który woli nagrywać w studio czy zdecydowanie wybierasz koncert?

 

G.F.: Często spotykałem się z takim pytaniem i zawsze odpowiadałem, że można lubić i gruszkę i banana i niekoniecznie móc powiedzieć co się lubi bardziej. Raz jest tak, raz inaczej. Studio daje na pewno większe możliwości kreacji bo to nie jest tylko jedna chwila jak na koncercie. Natomiast na koncertach ze swoją kapelą od paru lat improwizujemy. Potrafimy grać przez dwie godziny, nie boimy się tej improwizacji. W trakcie tego również powstała masa fajnych dźwięków, które niestety nie zostały uwiecznione i zarejestrowane. Bardzo żałujemy ponieważ bywają takie magiczne chwile, kiedy zgrywamy się tak jak trzeba i wszystko jest tak jak być powinno a później już tego nie ma. To jest tylko i wyłącznie ta chwila. Studio pociąga od tej strony, że w zależności jaki przyjmujesz system pracy sam możesz być panem wszystkiego. Możesz wykreować jakąś zupełnie nową rzeczywistość.

A.K.: Spróbowałeś swoich sił w aktorstwie. Jak wspominasz występ w filmie „Sezon na Leszcza”?

 

G.F.: Wspominam to bardzo dobrze. Co prawda film kręcony był dawno bo w 1999 roku. Wcześniej miałem doświadczenia teatralne, które zdobyłem w moim rodzinnym mieście- Legnicy. Nie znalazłem się w filmie znikąd. Do filmu zostałem zaproszony bezpośrednio przez Bogusia Linde. Spotkaliśmy się w studio fotograficznym, w którym on nagrywał reklamę jakiegoś funduszu emerytalnego a ja miałem sesję na okładkę swojej pierwszej płyty. To, że dostałem zaproszenie bezpośrednio od niego nie dawało mi żadnej taryfy ulgowej. W sumie tak jak każdy inny człowiek z ulicy przechodziłem przez poszczególne etapy castingu. Byłem również pierwszą osobą wybraną do filmu i później do mnie dobierana była moja filmowa siostra, którą w rezultacie zagrała Ania Przybylska. To był świetny czas ciężkiej i wyczerpującej pracy. O siódmej rano zaczynaliśmy zdjęcia także musiałem wstawać o piątej. Dla człowieka, który prowadzi nocny tryb życia jak ja bywało to trudne aczkolwiek nie musiałem się obawiać tego, że będę wyglądał na zmęczonego bo rola temu sprzyjała. Świętna ekipa, fajni dowcipni ludzie. Robert Gonera, który był drugim reżyserem i również wystąpił w filmie, sam Boguś zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Jestem osobą, która  załapała się na kultowość „Psów” a poza tym znałem Bogusia z jego innych filmów np. z „Przypadku” Kieślowskiego czy „Kobiecie samotnej” Agnieszki Holland i niesamowicie go ceniłem. Był to dla mnie rzeczywiście ktoś. Także spełniło się jedno z moich nastoletnich marzeń. Muszę przyznać, że po wielu latach kiedy wracam medialnie być może sam się koło tego zakręcę. Od wielu lat mieszkam w Poznaniu a żeby funkcjonować na tym rynku castingowym jeśli chodzi o film trzeba być w Warszawie. Trzeba na tych castingach się pojawiać, dostawać informacje, że one w ogóle są. Nie wykluczam, że będę próbował swoich sił na tym polu.

A.K.: Myślałeś o tym żeby zamienić muzykę na aktorstwo?

 

G.F.: Nie. Zamienić na pewno nie ale jeśli będę miał jeszcze kiedyś okazje żeby zagrać w filmie to na pewno z niej skorzystam.

A.K.: Zmieniłeś managera. Czy ta zmiana spowodowała również zakończenie Twojej przyjaźni z poprzednim?

 

G.F.: Wiesz, to było tak. Kiedy skończył się mój kontrakt przez kilka lat funkcjonowałem sam będąc sobie sterem i okrętem. W sumie nie narzekam na ten okres, było fajnie aczkolwiek to trochę dziwna sytuacja kiedy artysta dzwoni do potencjalnego sponsora i stara się wypromować siebie samego. Lepiej mieć od tego człowieka, kogoś kto ma kontakty. Taka jest rzeczywistość, nie ukrywajmy tego. W zeszłym roku jeszcze będąc „bezpański” próbowałem sam gdzieś pchnąć nową piosenkę, o której wszyscy dookoła mówili, ze radia na pewno z wielką przyjemnością będą ją grać. Okazało się jednak, że dobra piosenka to nie wystarczy do tego żeby z nią wyjść do ludzi. Oczywiście można wszystko robić poprzez sieć  i przez nazwijmy to „prace u podstaw” ale jest to bardzo żmudne i nie ma takiej siły rażenia.

A.K.: Co było powodem Twojego pojawienia się w programie „The Voice Of Poland”?

 

G.F.: Zostałem zaproszony przez producentów programu. To nie było tak, że dowiedziałem się, że istnieje taki program i pomyślałem sobie, że pójdę tam i wykorzystam to. Jak mówię, dostałem zaproszenie. Takich ludzi zaproszonych jak ja było wielu. Zdecydowało się tylko kilka osób. Nie żałuję tego, mimo że nie miałem możliwości pokazania w tym programie tego kim naprawdę jestem jako wokalista. Niestety to nie ludzie którzy śpiewają, wybierają dla siebie piosenki. Na pewno była to trampolina dzięki której można się odbić ale jak wysoko człowiek poleci, zależy tylko i wyłącznie od niego. Najważniejsze jest jednak to co ludzie będą mieli do zaproponowania po programie.

A.K.: Nie obawiałeś się, że żaden z jurorów się nie odwróci?

 

G.F.: Obawiałem się, tym bardziej, że numer który śpiewałem na przesłuchaniach w ciemno nie był moim wyborem. Powiem tak, moja rozmowa po odwróceniu się jurorów trwała dziesięć minut a pokazano półtorej minuty.

( Sponsoruje nas laurem.pl laptopy poleasingowe Kraków 

A.K.: Gdyby odwrócili się wszyscy, wybrałbyś innego jurora czy pozostałbyś przy Nergalu?

 

G.F.: Z góry miałem założone, że jeśli będę mógł wybierać to będzie to właśnie Nergal.

A.K.: Współpraca z Adamem Darskim zadowoliła Cię w pełni?

 

G.F.: Ja też nie wiem jak to wygląda z ich strony, jakie mają umowy i czy decyzje podejmowane przez nich są autonomiczne. Szczerze mówiąc liczyłem, że na tym drugim etapie bitew będziemy mieli większy wpływ na wybór piosenki. Okazało się jednak, że nie. Generalnie repertuar który się pojawił w bitwach przynajmniej jeśli chodzi o naszą drużynę to jest inny repertuar niż ten o którym rozmawialiśmy z Nergalem na spotkaniu. Nie będę tego ukrywał i myślę, że on tez nie ma dużego pola manewru w tym programie. To może być przedstawiane inaczej ale fakty mówią same za siebie.

A.K.: W programie poznałeś wielu ciekawych ludzi, Będziesz myślał o tym żeby stworzyć z kimś duet lub zagrać koncert?

 

G.F.: Zobaczymy. Koncert już się szykuje tutaj w Poznaniu. Na pewno wystąpi Ares, Filip Sałapa, Ola Kasprzyk, na pewno będę ja. Nie wiem kogo jeszcze z naszej grupy zaproszono. Koncert odbędzie się 25 października w klubie Pod Minogą. Duetów nie wykluczam. Z kilkoma osobami już na ten temat rozmawiałem. Dzisiaj na koncercie była jedna z uczestniczek programu Mila Masłowska. Także zobaczymy co się wydarzy.

A.K.: Pracujesz nad nową płytą.

 

G.F.: Pracuje nad dwoma płytami. Jedna to płyta Gabriela Fleszara a druga to płyta zespołu Candida. Od kilku miesięcy jest to projekt, w którym się udzielam. Candida jest zespołem, który ma na koncie dwie płyty. Rozstali się z poprzednim gitarzystą-wokalistą Ramasem. Zgadałem się z chłopakami. Mamy przygotowane dwadzieścia kilka utworów tzw. preprodukcji. Za dwa tygodnie wchodzimy do studia i zaczynamy nagrywać na czysto. Fajny materiał, mocny, brudny aczkolwiek ostrość tej muzyki będziemy psuli popowymi falsecikami, które się tam pojawią. Zapowiada się naprawdę fajna płyta. Mamy jeszcze w składzie dj’a Kostka postać znana i ceniona w polskiej branży muzycznej. Skład Candidy to w sumie dwie gitary i sekcja ale pojawi się jeszcze Kostek, który będzie mieszał z elektroniką. Zapowiada się ciekawie. Jeśli chodzi o Gabriela Fleszara to zrobiłem niedawno potencjalnego singla niejako sobie na przekór ponieważ brzmienie w większości syntetyczne oparte na klawiszach a ja zawsze mówiłem, że ciągnę w stronę gitarową. Jednak to nie pierwsza moja przygoda z elektroniką ponieważ dwa lata temu kiedy już zapinałem materiał na płytę, która się nie ukazała, również flirtowałem z bitami. Była nawet jedna piosenka czysto dyskotekowa. Piosenka na tyle dobra, że sam powiedziałem kumplowi perkusiście, który był autorem tej piosenki, że chciałbym ją mieć na płycie. Aranżacje troszeczkę się zdezaktualizowały przez ten czas ale na pewno część z tych piosenek zostanie na nowej płycie jeśli chodzi o muzykę i słowa.

A.K.: Znasz już datę premiery tej płyty?

 

G.F.: Jeszcze za wcześnie żeby cokolwiek powiedzieć. Na pewno w tym roku powinien ukazać się pierwszy singiel. 

Aleksandra Kołosowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *