Recenzja: OCN pełen ciepłych fal

Ocean, Ocean Drive, Ocean Blue, The Ocean, Ocean Grove, River Ocean, Ocean Gaya, Ocean Carolina, Lost Ocean, Indin Ocean, Perpetual Ocean, Kozie Ocean, Hey Ocean!, Dark Ocean, Ocean Waves, Billion Ocean, Ocean Project, By Ocean, Open Ocean, Ocean Deep, Ocean Band, Ocean Delay… To tylko pierwsze kilkanaście pozycji pojawiających się po wpisaniu w wyszukiwarce jednego z popularnych odtwarzaczy streamingowych, wyrazu „ocean”.

Jak słusznie stwierdził Maciej Wasio, wokalista i gitarzysta OCN (do niedawna Ocean), tak mało oryginalna nazwa, tworzyła poważne ograniczenia w zdobywaniu kontraktów na występy poza Polską: – W samych Niemczech jest kilka zespołów o nazwie Ocean- powiedział w wywiadzie dla SK.pl. Biorąc zatem pod uwagę międzynarodowe aspiracje tria z Wrocławia, decyzja o subtelnym skróceniu nazwy na OCN, jest zrozumiała. Poza Maćkiem Wasio, w skład zespołu wchodzą Bolek Wilczek (perkusja) i Piotrek „Quentin” Wojtanowski (bas). OCN ma na swoim koncie już 6 albumów studyjnych, ale dopiero dzięki „Waterfall” ma szansę na przedstawienie swojej tożsamości i zaprezentowanie się jako dobrej klasy zespół rockowy. Ma na to wpływ kilka czynników: poprawne wykonanie utworów w języku angielskim, przeprowadzenie sesji nagraniowej w jednym z najnowocześniejszych studiów w Europie, praca z uznanym na świecie producentem w osobie Vance`a Powella, i w końcu – czynnik będący efektem syntezy powyższych – jakość jaką oferuje „Waterfall”.

Pierwsze trzy czynniki Maciek Wasio opisał we wspomnianym wywiadzie, do którego w tym miejscu serdecznie zapraszam.

Skupmy się więc, na jakości najnowszego albumu OCN. Otwiera go dobrze znany ze stacji radiowych singiel „Waterfall”. Ciepły gitarowy wstęp przerwany ostrymi gitarowymi riffami, dynamiczna i wyraźna sekcja perkusyjna, wpadająca w ucho melodia. Na „dzień dobry” dostajemy jedną z najważniejszych pozycji na krążku. Do pełni szczęścia brakuje jednak gitarowej solówki. Tych niestety nie uświadczymy na najnowszym albumie OCN. W jednym z wywiadów Wasio przyznał, że nie czuje się mocny w tym elemencie. Warto byłoby nad nim popracować, żeby kolejne kawałki zyskały na atrakcyjności. Solówki gitarowe można potraktować jak ostateczne pociągnięcie pędzla na obrazie. Element, który nadaje dziełu kompletności. Dotyczy to lwiej większości kawałków znajdujących się na „Waterfall”. Drugi przykład – „The first cut”. Ładne intro z efektem echa, wyraziste brzmienie perkusji, chwytliwa melodia… Jest spokojnie, acz z pazurem. Aż prosi się o ładne wykończenie. Niestety nie dość, że nie ma wykończenia, to zakończenie trochę psuje odbiór utworu. Urywa się on gwałtownie, jakby w studiu Custom34 nagle wysiadło zasilanie. Mimo tego, „The first cut” pozostaje najładniejszym kawałkiem na krążku. Osoby zaznajomione z dotychczasowym dorobkiem Oceanu, dobrze wiedzą, czego spodziewać się po „Waterfall”. Dominują tu mocne walenie po garach i ostre szarpanie drutów. Cieszy fakt, że przy tym gitarowym szaleństwie, utwory są melodyjne i niechaotyczne. Gdybym miał dłuższe włosy na głowie, przy utworach „Desire”, „Somehow” i „I want it all”, z pewnością ciąłbym nimi powietrze. Najmocniejszy w tej kategorii jest najbardziej energetyzujący „Lost in something”. Słuchając tych kompozycji, nie mogłem odpędzić się od myśli, że momentami OCN brzmi jak Stone Sour (w dużej mierze za sprawą wokalu). Ze spokojniejszych kawałków, dobre wrażenie pozostawia po sobie „Lean on me”, w którym głos Maćka Wasio brzmi, jakby śpiewał słuchaczowi do ucha. Zamykający album „Muddy water” przywodzi na myśl zespół Kings of Leon. „Ocean spokojny” – zanotowałem, słuchając subtelnych szarpnięć gitarowych strun oraz werbli. Nie widziałem wtedy, że za moment na własne uszy usłyszę jak piosenka „wybucha”. Zupełnie, jakby Vance Powell zdetonował bombę 20 metrów pod powierzchnią wody.

Zespół OCN nagrał płytę w pełni w języku angielskim, w studiu o międzynarodowych standardach, z producentem albumów Jacka White`a i ma nadzieję na częste występy za granicą. Trio z Wrocławia wypłynęło na szerokie wody i jak na razie nic nie wskazuje na przecieki pod pokładem, a „Waterfall” to silnik mocny i wydajny. Szkoda jedynie, że pod dobrym brzmieniem nie kryje się finezja, która oddziela zespoły dobre od świetnych. Do tego brzegu jednak, OCN nie ma bardzo daleko.

Jarosław Nowak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *