Lenny Kravitz – Black And White America recenzja płyty

„Black And….” została nagrana w iście funkowym stylu. Możemy usłyszeć charakterystyczne gitarowe riffy, rytmiczne sekcje dęte oraz mocne perkusyjne dźwięki. Krążek otwiera tytułowa piosenka, która niejako jest wstępem do amerykańskiej opowieści. Na szesnastu utworach możemy wyróżnić kilku artystów na których wzorował się (bądź nie) Lenny Kravitz, znajdziemy tu styl Jamesa Browna,  Marvina Gaye′a, Prince′a,  Quincy’ego Jonesa, co fanów wcale nie zdziwi, bo sam wokalista podkreśla, że wyżej wymienieni należeli do jego ulubionych wykonawców. Proces nagrywania wspomogli między innymi gitarzysta Craig Ross, nowoorleański jazzman Trombone Shorty i DJ Military a utwory powstawały w różnych zakątkach świata.

Słuchając od pierwszej pozycji, album nie nastrajał mnie pozytywnie. Ot, proste, rytmiczne melodie, które jak szybko wpadły w ucho tak szybko z drugiej strony wyleciały. Zmieniło się to dopiero przy piosence „Liquid Jesus”, którą Lenny zaśpiewał… falsetem. Jest to jeden z niewielu utworów na tej płycie, które sprawiają, że kołyszę się w rytm wyśpiewywanych słów. A potem następuje „Rock Star City Life” – kawałek idealny do reklamy, np. jeansów lub chłodzącego napoju prezentowanego na kalifornijskich plażach, ale nie żeby słuchać go na zasadzie „non stop”.

Po kalifornijskich plażach (kalifornijskie plaże? Jakże to okrutnie brzmi w grudniu w Polsce), przenosimy się w latynoskie rytmy dzięki „Boongie Drop” z gościnnym udziałem Jaya-Z. Uuu latina z rapem. Kavitz zaskakuje słuchaczy różnorodnością kompozycji, bo fakt, że jest bardzo dobrym kompozytorem, każdy wie. I tak natrafiamy na kolejny utwór, który o ile moja starość mnie nie zawodzi, stał się radiowym hitem w Polsce a mowa o „Stand”. Potem mamy dalej soulowo – funkową mieszankę, którą przełamują genialne ballady „I Can′t Be Without You” czy „Looking Back For Love”.  I tak dalej i tak dalej. Opisywanie, każdego utworu mija się z celem, bo z szesnastu piosenek co najmniej dziesięć jest potencjalnymi hitami, a resztę można z czystym sumieniem pominąć.

Większość fanów zawiodła się „Black and White America”. Powód? Ano Lenny Kravitz jako producent, kompozytor, autor tekstów i giatrowy hipis miał trudny orzech do zgryzienia tworząc ten album. A album nie jest o problemach związanych z rasizmem, ale przedstawia czarno – białe dzieje muzyki, czyli to co dla artysty było i podejrzewam jest cenne. Nie jest to dzieło na miarę albumów z utworami typu „Fly Away”, „Baptized” czy „Again”, ale z całą pewnością jest to płyta, która definiuje go jako wokalistę z ponad dwudziestoletnim stażem. Na „Black And…” Kravitz udowadnia, że jego „czarna” strona muzyki jest nadal perfekcyjna, jednak ta biała nieszczególnie zachwyca i obniża poziom prezentowanych utworów. Co nie zmienia faktu, że do płyty powrócę nie raz.

Ocena: 7/10

Katarzyna Charzewska

sponsoruje nas laurem.pl laptopy poleasingowe Kraków

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *