Subkultura fanów muzyki metalowej na koncertach

Już samo kupowanie biletu (niekiedy z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem) napełnia radością. Jest to w końcu oficjalne potwierdzenie możliwości stania się częścią czegoś, co będzie się wspominać i opowiadać. Jeśli koncert nie odbywa się w naszym mieście, organizuje się dojazd i powrót. Wszystko dopasowuje się pod kątem koncertu. Potem wystarczy cierpliwie czekać na wielkie wydarzenie. Laptopy poleasingowe


Osobiście, zawsze na kilka dni przed koncertem jestem bardzo podekscytowana i niedowierzam swojemu szczęściu. W samym dniu koncertu wszystko inne przestaje istnieć i rozpoczynają się ostatnie przygotowania do wyjścia. Osobę należącą do subkultury metalowej, nie trudno rozpoznać na ulicy, ale gdy przychodzi do pojawienia się na koncercie lub na całym festiwalu metalowym, do ubioru przykłada się jeszcze większą wagę. Chodzi przecież o reprezentowanie. Przede wszystkim najpopularniejszą rzeczą noszoną przez fanów na koncertach, są koszulki danego zespołu oraz wszelkie inne gadżety z nim związane. Jeśli chodzi o buty, to najczęściej spotykane są glany. Są najbezpieczniejszą ochroną dla nóg podczas szaleństwa, w razie gdyby ktoś skoczył nam na stopy (zdarzyło mi się to kilka razy i nie poczułam żadnego bólu). Poza tym wygodnie się w nich „ląduje” podczas skakania. Nie należy jednak przesadzać z ilością rzeczy wkładanych na siebie, bowiem w trakcie koncertu stojąc w tłumie, temperatura znacznie się podnosi i wtedy zamiast dobrze się bawić, obawiamy się czy nagle nie zemdlejemy.

Ze wszystkich imprez muzycznych, chyba właśnie koncerty metalowe są największym sprawdzianem wytrzymałości fizycznej. Z własnego doświadczenia wiem, że początki są najtrudniejsze, ale przy kolejnych podejściach nabiera się wprawy. Ja wypracowałam własną „technikę przetrwania”. Robię długie skoki i staram się trzymać stopy blisko siebie – wtedy wiem, że „wyląduję” mocno na ziemi i nie zmęczę się zbyt szybko. Prawdopodobnie wiele osób nie przywiązuje wagi do tego jak skacze, byleby tylko zrównać się z tłumem. Ja jednak po swoim pierwszym koncercie (który do tej pory uważam za najlepszy), odczuwałam duży ból w całym ciele, ponieważ nie zdawałam sobie sprawy z wysiłku, jaki trzeba włożyć w przetrwanie na płycie. Wiele osób, które chcą uniknąć ewentualnych problemów ze zdrowiem, wybiera miejsca siedzące, ale przez to omija je najlepsze i stają się jakby widzami w kinie lub teatrze. Koncert jest przecież okazją do uwolnienia całej ukrytej energii i zapomnienia o sztywnym i biernym przyglądaniu się. Ja jednak zajmę się osobami mającymi miejsca stojące na płycie, czyli przestrzenią, którą można nazwać prawdziwym koncertem.

Jak wiadomo koncert to wspólna zabawa, ale każdy przeżywa ją indywidualnie. Od takiego indywidualnego przeżywania,  rodzą się pomysły na przeróżne uatrakcyjnienia tego wydarzenia. Poza wspólnym klaskaniem, skakaniem i śpiewaniem (a mówiąc o tłumie, raczej krzyczeniem), na zdecydowanej większości koncertów metalowych pojawia się tzw. pogo, czyli „metalowy taniec” polegający na nieskoordynowanym podskakiwaniu i popychaniu współuczestników. Pogo przeważnie można zobaczyć pod samą sceną, ale czasami grupka osób rozkręca je w okolicach środka płyty lub gdzieś z boku.

Na koncertach wielu zespołów,  można jednak zauważyć występowanie specyficznych rytuałów wśród publiczności. Dobrym przykładem jest tutaj zespół Korn, na którego koncercie byłam w lutym 2008 roku. Grupa znana jest z wielkiej troski o swoich fanów i przyjęło się, że pewne partie wokalne przeznaczone są niemal wyłącznie dla nich. Zdarza się nawet, że cały refren śpiewają tylko fani. Z kolei przed utworem „Blind”, który ma długie i spokojne intro, bardzo często wszyscy fani na płycie przykucają, by po haśle „are you ready?” wykrzyczanym przez wokalistę wspólnie wyskoczyć w górę i na dobre zacząć szaleństwo. Jednak,  chyba najbardziej spektakularnie wyglądającym rytuałem na koncertach Korna, jest jednoczesne „uderzanie uniesionymi rękami do przodu w powietrze” podczas utworu „Somebody Someone”. Daje to wrażenie groźnej fali rąk manifestujących w kierunku sceny. W 2008 roku, gdy Korn pojawił się na warszawskim Torwarze, wszyscy obecni na płycie mieli okazję wytworzyć tę groźną falę, kiedy zespół zagrał „Somebody Someone”. Przyznam, że właśnie wtedy serce biło mi najmocniej, jak tylko pamiętam w życiu. Gdy teraz oglądam nagrania z owego koncertu, jestem naprawdę dumna i szczęśliwa, że doświadczyłam tego osobiście! A już szczyt szczęścia osiąga się, gdy wykonawca grając i śpiewając wodzi wzrokiem po tłumie i spojrzy akurat na ciebie (coś pięknego – skrzyżować wzrok z idolem! zdarzyło mi się to na koncercie Tarji Turunen, gdy stałam może w piątym rzędzie od sceny).

Naprawdę udany koncert to ten, na którym wszystko odbywa się na zasadzie wymiany – fani dają siebie zespołowi, a zespół daje siebie fanom. Liczy się nie tylko to, czy muzycy poprawnie zagrają swoje utwory, albo czy w trakcie występu nie będzie żadnych technicznych wpadek. Rzeczą, na którą wszyscy zwracają największą uwagę jest stosunek grupy do fanów, bo gdy grają na żywo ocenia ich się nie tyle jako artystów, ale jako ludzi. Zarówno my, jak i oni pragniemy tego samego – aby był to niezapomniany wieczór. Najżywsze reakcje na wszystko, atmosfera przede wszystkim! Tak właśnie było na wszystkich moich dotychczasowych koncertach. Nas, fanów, chwalono nie tylko po koncercie, czy między utworami, ale nawet podczas samego grania! Słyszałam, że polska publiczność należy do najgłośniejszych i najbardziej entuzjastycznych w Europie, a być może nawet na świecie. Opowiadali o tym zagraniczni wykonawcy po występach w naszym kraju. Jestem naprawdę bardzo szczęśliwa, że mogłam przyczynić się do wystawienia polskiej publiczności tak pozytywnej opinii.

Wielu osobom nie podoba się ani taka muzyka, ani to co pod jej wpływem wyzwala się w ludziach. Dla mnie jednak jest to nieporównywalne z niczym przeżycie, atmosfera wielkiej jedności, gdzie każdy z osobna i wszyscy razem oddajemy się pasji chwili, zapominamy o problemach,  nie czujemy żadnych ograniczeń, dostajemy potężny zastrzyk nowej energii i jesteśmy po prostu szczęśliwi. W swoim żywiole! Koncerty mają tylko jeden minus – kiedyś się kończą. Po zwykle około półtoragodzinnym stanie zapomnienia, przychodzi rozstać się z idolami i wrócić do domu. Na pamiątkę jednak pozostają wspaniałe wspomnienia, uśmiech na twarzy i ogień w oczach, że spełniło się swoje marzenie. Jest to taka chwila, dłuższa chwila, do której z ogromną chęcią wracam często myślami i niecierpliwie czekam na więcej.

 

Autorka tekstu:  Agata Lisiecka

Autor zdjęcia do tekstu: nieznany
Źródło zdjęcia do tekstu:

Czytasz powyższe słowa dzięki AMSO Rent Wynajem laptopów, monitorów, drukarek, firmie która sponsoruje portal StacjaKultura.pl, który jest właścicielem wpisu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *