Alice In Chains: Black Gives Way To Blue recenzja

Klasyczny ‘Trójnogi pies’ ujrzał światło dzienne w 1995 roku, rok później zostaliśmy uraczeni znakomitym Unplugged. Rok 2000, oficjalne wydawnictwo koncertowe, może nie powalające, jak to bez prądu, ale nadal dobre.

2002 – Wokalista Alicji umiera na skutek przedawkowania (jakiś dziki koktajl heroinowy – nie próżnował chłop). Kolejna legenda z Seattle odeszła, tym razem w dość jasnych okolicznościach. Chwała Bogu chociaż za to (?).

W roku 2005, po wydaniu kilku lepszych i gorszych debestofów, pozostała trójka członków  wznawia działalność na potrzeby koncertu ku pamięci ofiar tsunami w południowej Azji. Jerry Cantrell jako główny wokalista, do tego słynni goście pokroju Phila Anselmo i ogromna pustka po Staleyu.

 

2006 A.D. – do koncertującego składu dołącza niejaki William DuVall. Ex-członek Comes with the Fall, wokalisto-gitarzysta ze stosunkowo dobrym głosem, ale…
Nie będę się już tu rozdrabniał, gdyż z recenzji robi mi się quasi-biografia. W każdym razie – ku uciesze niektórych i załamaniu innych – panowie zaczęli  odgrażać nagraniem albumu w nowym składzie. Ogromne oczekiwania i chyba jeszcze większe obawy o przyszłość tej – bądź co bądź – legendarnej już marki, jaką jest Alice In Chains, były zdecydowanie na miejscu, bo historia nie raz, nie dwa pokazała nam, że gruntowne zmiany wokalistów nie mają przesadnie pozytywnych konsekwencji. Co innego zagrać stary, przearanżowany materiał, co innego nagrać świeży i usatysfakcjonować nim fanów, patrzących na niego przez pryzmat dawnych dokonań.
Single nie nastrajały pozytywnie. Mój sceptycyzm został nakarmiony nimi wręcz idealnie – ba, nawet się przesycił i zwrócił co nieco.

Mamy drugą połowę roku 2009, a w głośnikach jeszcze ciepłe „Black Gives Way To Blue”. Tak, ów album to na pewno jedno z ważniejszych wydarzeń tego roku. Pytanie tylko, czy sukces to, czy może szansa na żałobę narodową?

Przyznam, że bardzo dawno – o ile w ogóle – żaden album nie wzbudził we mnie tak ambiwalentnych uczuć. Jedno przesłuchanie wystarczyło, by wiedzieć, że słucham czegoś wyjątkowego – po kilku przesłuchaniach jednak wciąż biłem się z myślami, czy wyjątkowo dobrego, czy wyjątkowo słabego. Pewnym jest za to fakt, że nie dostaliśmy przeciętniaka. Nie ten adres, nie ci ludzie – czyli chwała Bogu po raz drugi. Zatem aby zachować szczątki wiarygodności (bo na obiektywizmie mi akurat nie zależy), najbezpieczniej będzie chyba krok po kroku ów srebrny krążek przeanalizować…

Początek ma niewiele wspólnego z grunge’em. Widać, że pierwotna koncepcja została odsunięta na bok. Trochę. Powolny, niezbyt ciekawy ‘All Secrets Known’, z wybrzmiewającym odrobinę toolowo riffem w zwrotkach i dwugłosami, mającymi przypominać niegdysiejsze popisy duetu Staley-Cantrell. Tragedii nie ma, ale całość brzmi bardziej jak dłużące się (prawie 5 minut…) intro, niż pełnoprawna kompozycja.

Singlowy ‘Check My Brain’ od pierwszego usłyszenia wzbudzał we mnie raczej jednoznaczne wrażenia, których tu nie opiszę, bo musiałbym eufemizować zdecydowanie za dużo. Nie wiem czemu, ale po usłyszeniu tego na płycie nie było aż tak źle, nawet zdarzyło mi się zanucić chwytliwy refren, jednakże nie jest to szczyt umiejętności kompozytorskich TYCH muzyków.

‘Last of My Kind’ – na swój sposób chwytliwy utwór, jakiś tam powrót do korzeni. Miażdżący riff, solo jak za dawnych czasów, nawet sekcja rytmiczna brzmi ‘jak trza’ – jest okej. Tylko, hejże, parę minut później pozytywne emocje się wyczerpują. Akustyczny ‘Your Decision’ brzmi jak nieudolna kalka boskiego ‘Nutshell’, czy to tylko moje wrażenie? A nie, przepraszam – to raczej taki upchnięty w jeden kawałek ‘Jar of Flies’ naszych czasów. No a jakie czasy, taki słój…

Wspominałem już o singlach prawda? ‘A Looking In View’ jest jednym z nich. Nie powiem, by początek nie nastrajał optymistycznie, bo dużo tam starej, brudnej Alicji, ale refren… O teledysku się nie wypowiem – chyba łatwiej będzie udawać, że go nigdy nie było. Swoją drogą, to ciekawe, jak historia zatoczyła koło – AiC zrzyna z zespołów, które wzorowały się na nich (czytaj: Godsmack, Creed i inne post-grunge’owe potworki). Coś niesamowitego.

Tadam, i kolejna pozbawiona charakteru akustyczna aranżacja. Nie to, że ‘When the Sun Rose Again’ złym utworem jest, ale pewnie gdyby go nie było, nikt by się nie obraził. Zgodnie ze schematem BGWTB, kolejny utwór daje radę. Klimatyczny, ciężki grandż w duchu ‘Sludge Factory’ czy innych ‘niekomercyjnych’ dzieł dawnego składu. Rozbudowana kompozycja ze zmianami tempa, wieloma urozmaiceniami i jakimiś tam resztkami nihilistycznego klimatu starołańcuchowego. Na pewno lepiej, niż niepotrzebnie udziwniony ‘A Looking In View’. ‘Lesson Learned’ = nieporywająca alternatywnorockowa piosnka. Ale ujdzie, podobnie jak ‘Take Her Out’ – ot, nie ma co się rozwodzić. Eska Rock będzie zadowolona!

‘Private Hell’ – i powoli docieramy do końca. Tutaj panowie chyba chcieli zrobić ‘Down In a Hole’ trzeciej generacji. Rozciągnęli to, dając co prawda nawet wpadający w ucho utwór, ale bez tego wszystkiego, co wyżej wspomniany utwór posiadał. Nie ma kopa, nie ma nastroju, nie ma duszy – szare to takie, jakby sprało się i na dodatek sztucznie rozciągnęło w pralce. Ech, te nowoczesne urządzenia…

I jesteśmy  na miejscu. Tytułowy kawałek to przejmująca ballada gitarowo-fortepianowa (z gościnnym udziałem Eltona Johna!), jakże inna niż te, do których przywykliśmy nie tylko na nowej płycie, ale i w całej historii pani Ali. Najzabawniejsze, – i najsmutniejsze zarazem – że ów utwór jest najlepszym na całej płycie. W zasadzie nietrudno było się wybić na tle takiej reszty, ale przez te 3 minuty przelewa się więcej emocji, niż przez całe 50 minut trwania BGWTB. Szkoda, że utwór z takim potencjałem został wykastrowany do raptem 3 minut, kiedy inne tak bezsensownie się ciągnęły. Trochę smutno się robi, bo noc końca dobiegła, a tu tylko jeden silniejszy promyk na horyzoncie. Wszyscy, czekający na ten wschód, srogo się zawiodą. Bo mimo że słoneczko powoli wychodzi, to strasznie sztuczne to światło. Chyba lepiej lampkę zapalić, czy coś.

Bo w ogólnym rozrachunku ‘Black Gives Way to Blue’ nie jest płytą złą. Jedynym problemem jest wyżej wspomniana już marka. To tak, jakby Mercedes po zawieszeniu działalności zaczął pchać silniki od Poloneza do swych pięknych wozów. Stricte radiowe melodyjki, przeplatające się z pojedynczymi błyskotliwymi momentami w starym, dobrym stylu, robią z ongiś jedwabnej do ust serwetki wyświechtaną szmatę do podłogi. Za ostatni utwór sypnę panom sybmboliczne pięć procent, bo zamiast bawić się w kalkomanię Dirt, stworzyli coś autonomicznego. A reszta? Że tak powiem: sinusoida pod osią x.

Że wyrachowane i bez emocji stwierdzenie? Cóż za zbieg okoliczności.
Także, panie prezydencie, do dzieła!

Ocena: 4/10

Powyższy wpis pochodzi z portalu StacjaKultura.pl, który jest jego własnością. Strona utrzymywana jest dzięki  AMSO Komputery poleasingowe,  spółce która dba, aby dobre teksty nie znikły z sieci.
Autor tekstu: Łukasz Tomaszewski
Autor zdjęcia do tekstu: nieznany
Źródło zdjęcia do tekstu: http://www.tekstowo.pl/piosenka,alice_in_chains,black_gives_way_to_blue.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *