Cynic: Traced In Air recenzja

Najlepszy jazz wśród metalu, najlepszy metal pośród jazzu, kropka. Po 15 latach ciszy (pomijając remaster z 2004), Cynicy porwali się na stworzenie kontynuacji wspominanego „Focus”. Przecieki dem podzieliły fanów – jedni uważali, że wszystko jest zbyt rozmazane, lekkie, bez pewnej siły. Drugi obóz, docenił zmianę charakteru muzyki i jeszcze większy krok w kierunku jazzowych połamańców, oddalający zespół o ogrzą stopę od metalu. Jednak,  każdy miał swoją wizję następnych genialnego jedynaka i wiedział, że to tylko dema, bo dużo się zmieni. No to ich, panowie drodzy, zawiedliście. Sam byłem od początku sceptycznie nastawiony do takiego nagłego renesansu (15 lat w muzyce to więcej, niż wiek w dziejach świata…) i cieszę się ze swojej postawy, bo słuchając „Traced In Air” przeżyłbym okrutny zawód. Ale do rzeczy, do rzeczy.

Płytę otwiera pokręcone, elektroniczne Nunc Fluens z tribalowymi bębnami w tle. Fajnie, fajnie, klimatycznie, tylko jakby za długo się to ciągnie. Ale może to tylko kumulacja energii? Zahipnotyzowany, czekałem na rozwinięcie i co dostałem? Kubeł zimnej wody. Pojawia się przetworzony głos, jęczy coś pod gradobiciem mocarnych (ale jednak za bardzo schowanych) kotłów, ‘cyniczna’ zagrywka na gitarze, zupełnie wyrwana z kontekstu… i już wiem, że nie jest zbyt dobrze.

Następny utwór zalatuje mi jakimiś artrockami, tylko vocoderowany głos utwierdza w przekonaniu, że to nadal ten sam zespół, co 15 lat (tudzież parę miesięcy, gdyż zawitał niedawno do stolicy i dał podobno niezły występ w Progresji) temu. W dalszej części się rozkręca, ale nadal mi to nie gra… Generalnie całość albumu brzmi tak, jakby zespół chciał zagrać coś miażdżącego, ale nie mógł tego z siebie wydostać. Producent pomyślał zatem, że skoro nie da rady w jedną stronę, to może lepiej w drugą? I tak oto powstał… przesłodzony death? Pytajnik na końcu, bo nie mam pewności, czy to aby na pewno odpowiednia szufladka. Jest technika, gitara brzęczy wystarczająco ‘deathowo’, ale… Instrumenty brzmią dość organicznie, a wyprany z emocji elektroniczny wokal i nijaki growl (co najmniej klasa niżej, niż Tony Teegarden z poprzedniego albumu – pan Tymon Kruidenier generalnie też nie zawinił, bo wydaje mi się, że przyczyniła się produkcja) żrą się z tym niemiłosiernie. Posłuchajcie takiego Evolutionary Sleeper – po co ten wysoki śpiew? Żeby chociaż tło bardziej jazzowało, brakuje mi wypukłego basu, polirytmii. Nie jestem fanem ani tym bardziej ekspertem od dżezu, ale uwielbiam wszystkie połamane formy muzyki ekstremalnej i w nich siedzę na tyle głęboko, by stwierdzić, że Traced In Air to raczej chałtura, pójście po linii najmniejszego oporu.

Jako recenzent,  powinienem jednak zostać obiektywny – czas poszukać kilku zalet. Przede wszystkim, album nie jest asłuchalny dzięki swojej długości (krótkości raczej, bo 34 minuty z hakiem trwa) , nie nuży AŻ TAK BARDZO i da się przy nim wysiedzieć. Nie będę zgrywał złego, zrzędliwego znawcy muzyki ambitnej i przyznam, że taki Adam’s Murmur mnie wziął – jest tak lekki i melodyjny, że normalnie wpada w ucho (choć wieść gminna niesie, że wersja demo brzmiała lepiej – ja pozostanę przy tej bardziej klarownej i dopracowanej). Obawiam się tylko, że dotarliśmy właśnie do końca zalet, może więc podsumujmy to wydawnictwo?

Szacunek za Focus,  nie pozwala mi całkowicie zjechać Traced In Air, zwłaszcza, że nie jest to w żadnym wypadku płyta nieudana – mimo produkcyjnych braków (tudzież nadmiernej staranności, sam nie wiem),  całkiem nieźle wypełnia wolny czas. Nie przysparza bólu zębów, włosy też od niego nie powinny wypadać – chyba, że kogoś wyjątkowo drażnią gejowskie przyśpiewki pod osłoną mocnego gitarowania (w takim King of Those Who Know wokalista przeszedł sam siebie…). Szkoda, że całe pojęcie ‘fusion’ – kombinacja metalu i jazzu – gdzieś zaginęło. Bardziej mi to śmierdzi art.-rockiem, aniżeli siarą ekstremalnych produkcji. Zawiodłem się, bo liczyłem na potężne, techniczne uderzenie, a dostałem jakieś smuty z paroma masturbacjami na gitarach, perkusją fajną , tylko w przypadku kotłowania (rzadkiego) i zanikiem mięsistości basu. Cynicy,  wstydzić się chyba nie muszą, bo wyszło to i spójne, i naprawdę dające się lubić przez zapaleńców,  czy innych fanów Porcupine Tree (dajmy na to), ale fani deathowego łojenia, lepiej niech dadzą sobie spokój. Będą mieli bardziej poszarpane nerwy, niż basista, gdy usłyszy, że jego instrument gdzieś przepadł pod kołderką przetworzonych gitar i wokali.

Tracklista:

 

1. Nunc Fluens
2. The Space for This
3. Evolutionary Sleeper
4. Integral Birth
5. The Unknown Guest
6. Adam’s Murmur
7. King of Those Who Know

Ocena: 4/10

Autor: Łukasz Tomaszewski

Witryna utrzymana dzięki AMSO Rent, wynajem komputerów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *